Malwina brała dodatkowe dyżury, a ja więcej czasu spędzałam z dziećmi. Miałam wnuki tylko dla siebie, z nikim nie musiałam się nimi dzielić. Byłam taka szczęśliwa. Malwina też będzie, tylko musi zrozumieć, że jej szczęście i przyszłość są tutaj, ze mną, w naszym domu, nie w Szwecji, nie z Irkiem. Udało się.
Przyjechał autobus, niczym wieloryb połknął Wiktora, a ja zostałam, niezdolna do ruchu. Trafiona piorunem sycylijskim, który do tamtej pory wydawał mi się jedynie wymysłem z romansów dla kucharek. Moje życiowe plany i ambicje w momencie ograniczyły się do jednego: żeby następnym razem mnie zauważył. I zapamiętał.
Córka musi być przekręcana, czasami trzeba ją odflegmić, zdarza się, że krzyczy. Śpię z nią w jednym pokoju, mąż musi mieć spokój, rano idzie do pracy — dodaje. Nie, żeby mąż się córką nie zajmował, pomaga i to bardzo. Ma nawet chyba więcej cierpliwości niż Edyta. Ona uważa, że to dlatego, że ma jednak jakieś swoje
jest udziałowcem spółki, w której wszyscy członkowie zarządu w roku obrotowym (zarówno w poprzednim, jak i bieżącym), a także do czasu sporządzenia sprawozdania finansowego, pozostają w większości składu spółki zależnej. Podsumowując, możemy określić spółkę córką jako zależną jednostkę wtedy, kiedy inna jednostka
Aktor miał mieć problemy z zapamiętywaniem słów i pracą na planie filmowym od ponad dwóch lat. "W końcu rodzina interweniowała, żeby mu pomóc" - czytamy. Rumer Willis dzieli się
Vay Tiền Online Chuyển Khoản Ngay.
No i stało się. To nie koniec świata moja droga. Nawet jeśli byś chciała. W 50% z czarnym dzieckiem do domu nie wróci. Duża część Arabów ma bowiem dość jasną karnację. Kto wie, co z tego wyjść może. Jak z każdym innym facetem, może zostać wykorzystana, może być pokochana. Może być drogą do wizy, może stać się dla jednego mężczyzny najważniejszą osobą na świecie. Związek z Arabem niesie za sobą pewne niebezpieczeństwa. Trzeba być przygotowanym na kontakt z zupełnie inną niż europejska kulturą, z inną niż chrześcijaństwo religią, z zupełnie innym podejściem do życia. Być może trzeba będzie pewnego dnia zostawić rodzinę i przyjaciół, wyjechać do innego kraju, z pewnych rzeczy zrezygnować. Można matce serce złamać takim wyborem. Ale może i matka serce złamać córce swoją reakcją. Wcale nie mówię, żebyś zaufała temu obcemu mężczyźnie. Oddała mu swą córkę i uśmiechnięta pomachała na pożegnanie, gdy będzie ją zabierał do swojego kraju. Zaufaj jednak swojej córce. Rozumiem, że dziecko własne chce się chronić jak tylko się da, ale trzeba mu też pozwolić żyć. Pamiętaj, że jeśli staniesz na drodze zakochanej dziewczynie ona Cię zwyczajnie ominie. Nie masz takiej władzy nad pełnoletnią córką by ją zatrzymać. Warto więc być przy niej. Pozwolić mówić, słuchać, pytać, a przede wszystkim poznawać i służyć radą. Zdarza się rzeczywiście, że Arab taki, jeden czy drugi, żonę uderzy, że dzieci zabierze, że zabroni żonie kontaktu z mężczyznami, a sam będzie skakał w bok każdego wieczoru z inną. Zdarza się też jednak, że Arab ten uczyni swoją kobietę najszczęśliwszą na świecie, że stworzy z nią rodzinę, z której wyrosną szczęśliwe dzieci. Polak, Arab, gdy kochają, tyle samo szczęścia dają. Chociaż, czy aby na pewno? Read more articles Od sierpnia 2011 mieszkam w Egipcie, który wciąż potrafi mnie zaskoczyć, o czym chętnie piszę. Współpracuję z biurem podróży oferującym wycieczki fakulatatywne z Hurghady i Marsa Alam - El Sahel Travel. Jestem mamą dwóch półegipskich synów, byłą żoną Egipcjanina.
Rachel, młoda Żydówka, nie wierzy w żadnego Boga. To jedzenie daje jej ukojenie i pocieszenie, zaspokaja potrzebę rytuału. Dziewczyna dokładnie wie, ile kalorii ma jej ulubiony batonik, a wolny czas upływa jej na fantazjach o potrawach, których nie je ze strachu przed dodatkowymi kilogramami i utratą kontroli. W to uporządkowane, pełne nakazów i zakazów życie wkracza ortodoksyjna Żydówka Miriam. Rachel z zaskoczeniem odkrywa, że to właśnie ona, mimo dużej nadwagi i – zdawałoby się – krępujących więzów wiary, potrafi czerpać przyjemność z ciała. Jest pewna siebie, nie odmawia sobie jedzenia ani alkoholu, pali papierosy. Ma tylko jedną, najważniejszą zasadę, której nie wolno jej złamać: nie może związać się z kobietą. Mleko i głód to prowokacyjna, odważna powieść o naszych pragnieniach i potrzebach. Melissa Broder bezpruderyjnie pisze o pożądaniu, apetycie i seksie, całość doprawiając sarkazmem i licznymi odniesieniami do kultury i religii. To także ważny głos we wciąż aktualnej dyskusji o kobiecych ciałach, zmieniającym się kanonie piękna i o tym, ile jesteśmy w stanie poświęcić, by czuć się akceptowani przez otoczenie. To powieść, którą napisało ciało. Ciało kobiety. To opowieść o jego nienasyconym pragnieniu. Bezpieczeństwa, akceptacji, ukojenia, opieki, podniecenia. O pragnieniu, które jest przez kobietę w tym ciele ograniczane, tresowane, tłamszone, wypierane, pogardzane, wyśmiewane. Broder pokazuje, że żyjemy w świecie, w którym odżywianie swojego ciała czułością i przyjemnością jest postrzegane jako eksces, coś nieprzyzwoitego. Matka nie karmi córki, córka nie umie karmić siebie. Z tej sztafety cierpienia może nas wyzwolić tylko zrozumienie, że zasługujemy na miłość – bez wstydu, pruderii, bez warunkowania, bez poczucia winy. Melissa Broder w zmysłowy, bezkompromisowy sposób pokazuje, że żyjemy wcielonym życiem. Co się stanie, gdy niewierząca Żydówka cierpiąca na anoreksję zakocha się w dziewczynie z ortodoksyjnej rodziny, która je, co chce i ile chce? W tej książce nic nie jest oczywiste. Pożądanie i głód, apetyt i rozkosz, opresja i wolność przeplatają się i mieszają. Spomiędzy nich wyłania się historia o odzyskiwaniu siebie: bezwstydna, zmysłowa, pełna smutku i humoru. Porywająca, przesycona czarnym humorem książka Melissy Broder to kolejne studium kobiecego apetytu […]. Najbardziej erotyczne, czułe i romantyczne fragmenty tej wyjątkowej powieści mówią o jedzeniu. „Mleko i głód” to błyskotliwa, zmysłowa komedia poświęcona nie tyle niedostatkom ciała, ile radości, która z niego płynie, okraszona sporą dawką bezpruderyjnych scen seksu […]. Zabawny, romans o transgresyjnym pożądaniu i bitej śmietanie Mleko, macierzyństwo, jedzenie, wiara, seks i pożądanie splatają się w kłębowisko archetypów, podanych z sarkazmem i typowym dla milenialsów przymrużeniem oka. Dla niektórych „Mleko i głód” okaże się nie do przełknięcia – uznają, że to książka zbyt drobiazgowa w opisach seksu, zbyt wulgarna, zbyt egotyczna – innych zaś taka obfitość zachwyci. Broder to pisarka śmiała, mądra i cudownie nieprzyzwoita. Uchwyciła całą lepką słodycz, owo rozkoszne napięcie między tęsknotą a nasyceniem. Smutny, zabawny romans o tym, jak pozwolić sobie pragnąć tego, czego się pragnie. [Autorka] odważnie kwestionuje kobiece uwielbienie chudości i pogardę dla tłuszczu, dochodząc przy tym do nowych wniosków. Cudownie zabawna afirmacja ciała. Ekscytująca opowieść o głodzie, pożądaniu, wierze, rodzinie i miłości. Smakowita refleksja na temat fizycznego i emocjonalnego głodu […] niepowtarzalny styl Broder łączy się z opowieściami o świecie kalorii i seksu, tworząc bogate nadzienie otoczone doskonale wypieczoną fabułą. Pełna seksu, a jednocześnie głęboko smutna […]. W powieści „Mleko i głód” splatają się w jedno wątki wiary, głodu, queerowości, pożądania i samotności […]. Autorka »Mleka i głodu«, Amerykanka Melissa Broder, zaczynała karierę anonimowo na Twitterze. A dziś doceniana przez krytykę i czytelników ze swadą pisze o jedzeniu, seksie i wierze – i nie boi się tego łączyć. I wreszcie, jest to opowieść o odnajdywaniu siebie, o przekraczaniu własnych granic, o próbie odnalezienia szczęścia w tych najdrobniejszych momentach życia. Tylko jak odnaleźć radość, czując tak przejmującą nienawiść do samej siebie? Rachel walczy ze sobą, ze swoimi demonami, a wraz z nią walczą czytelnicy, którzy wszystkie te emocje targające kobietą potrafią wyczuć i zrozumieć. U Broder znajdziemy to co najlepsze w żydowsko - amerykańskiej powieści, i dodatkowo z ładunkiem wybuchowym kobiecej seksualności. I jest to też opowieść o tym, co z tym głodem i brakiem wspierającej matki można zrobić. Przeczytaj fragment Pobierz okładkę Seria wydawnicza: Powieści Tłumaczenie: Kaja Gucio Projekt okładki: Jaya Miceli Data publikacji: 13 lipca 2022 Wymiary: 125 mm × 205 mm Liczba stron: 336 ISBN: 978-83-8191-501-4 Cena okładkowa: 44,90 zł ISBN: 978-83-8191-539-7 Cena okładkowa: 35,90 zł
9 cze 09 07:00 Ten tekst przeczytasz w 10 minut Czy bezwolnymi ofiarami patriarchatu, czy też partnerkami swoich mężów? Wydaje się, że ani jedno, ani drugie. W Dziejach Tewji Mleczarza, sztandarowej powieści Szolema Alejchema, główny bohater jest w swojej rodzinie zdominowany przez kobiety: "Słowem, z tego, co widzicie, że mam i posiadam, bez uroku, towaru do wyboru i koloru, i to towar doskonały, oby nie zgrzeszyć. Jedna ładniejsza od drugiej. Nie wypada chwalić własnych dzieci, ale słyszę przecież, co świat twierdzi: krasawice".1 Obowiązkiem Żyda jest ożenić się i mieć potomstwo, a ponieważ Tewje Mleczarz szanował tradycję, przygotowywał swoje dzieci do małżeństwa. Twierdził, że "ładna buźka to połowa posagu" i szczerze pragnął, by jego piękne córki wydały się za bogatych mężczyzn, którzy zapewnią im i rodzicom godne życie. Okazuje się jednak, że marzenia ojca nijak miały się do rzeczywistości, a praktycznie żadna z córek nie poślubiła mężczyzny, którego proponowali swaci. W swoich utworach Szolem Alejchem zawsze starał się pokazać przekrój całej społeczności żydowskiej, od miejscowych bogaczy, po największych nędzarzy. W Dziejach... zilustrował tę drabinę społeczną na przykładzie kolejnych narzeczonych córek Tewji. Gdy o najstarszą córkę Cejtl starał się rzeźnik Lejzer Wolf, wdowiec dużo od niej starszy, Mleczarz był zachwycony, zastrzegł jednak, że decyzja nie zależy wyłącznie od niego: "Trzeba przecież porozmawiać z moją połowicą. W takich sprawach ona postanawia. […] No a Cejtl - również należałoby zapytać". (s. 70) Dla Wolfa takie podejście ojca jest niezrozumiałe, uważa, że dziewczynę, jak i żonę należy powiadomić o decyzji i nie liczyć się z ich zdaniem. Mimo radości, jaką wywołały oświadczyny rzeźnika, Tewje musiał skapitulować, ponieważ okazało się, że córka dała już, co prawda potajemnie, słowo innemu. Chociaż to mężczyźni ustalali między sobą warunki zawarcia małżeństwa, to jednak decyzje Tewji były zawsze korzystne dla jego córek. Pozwolił Cejtl wyjść za krawca, jednocześnie podstępem przekonał żonę, by i ona się zgodziła na małżeństwo pierworodnej z rzemieślnikiem. Marzenia Tewji o bogatym zięciu dla drugiej córki rozwiały się, gdy Hodł zapragnęła wyjść za Perczyka, biednego i socjalistę. Ojciec i tym razem nie robił większych problemów, co więcej pogodził się z tym, że córka wyjechała na zawsze z Anatewki, by towarzyszyć mężowi na zesłaniu. Jednak nawet w stosunkowo liberalnym podejściu Tewji Mleczarza wobec życiowych wyborów córek były nieprzekraczalne granice. Dla religijnych Żydów małżeństwo córki z gojem było prawdziwym nieszczęściem. Związek Chawy z gminnym pisarzem, Chwedkiem Gałganem, stał się przyczyną rodzinnej tragedii. Wprawdzie Tewje walczył o córkę, błagał popa, by zwrócił mu dziecko, jednak gdy rozmowa nie przyniosła rezultatów, rodzice uznali dziewczynę za zmarłą. Wykreślili Chawę ze swojego życia, nie chcą mieć z nią żadnego kontaktu. Jeszcze tragiczniej kończy się nieszczęśliwa miłość Szprincy do syna milionerów. Okazuje się, że nie zawsze możliwy jest awans społeczny poprzez małżeństwo. Wezwany na rozmowę do domu milionerów, Tewje przekonuje się boleśnie, jak ogromna przepaść dzieli jego córkę i syna bogaczy. Spotkawszy się z odmową rodziny narzeczonego, zrozpaczona córka topi się w stawie: "Wtem widzę, biegnie moja Gołde, szal rozwiany, ręce wyciągnięte przed siebie, a przed nią moje dzieci: Tajbł i Bejłkie. Wszystkie trzy wołają, płaczą, zawodzą: »Córko! Siostro! Szprince!« Zeskoczyłem z wozu, nie wiem, jak to się stało, że nie rozsadziło mnie na miejscu, a gdy dobiegłem do stawu, było już po wszystkim…"2 Marzenie o bogatym zięciu spełnia się, gdy Bejłkie zgadza się na ślub z miejscowym przedsiębiorcą Pedocerem. Jednak znowu nie wszystko potoczyło się po myśli Tewji, bo chociaż córka jest całkiem zadowolona z małżeństwa, to zięć bankrutuje i oboje zmuszeni są emigrować do Ameryki. Wśród narzeczonych córek pojawił się biedny rzemieślnik, socjalistyczny ideowiec, bogaty prostak, niedoszły milioner, a wreszcie goj. Córki same wybierają sobie narzeczonych, Tewje akceptuje ich wybory, chociaż żaden z mężczyzn nie jest jego zdaniem idealny. Poza postaciami córek, najważniejszą kobietą w powieści jest Gołde, żona mleczarza. Tewje kocha swoją żonę i pomimo kąśliwych uwag dotyczących intelektu połowicy słucha jej rad i uwag. Gdy żona umiera, jest zrozpaczony, ponieważ stracił nie tylko żonę, ale i najlepszego przyjaciela: "Zmarła moja Gołde, ołow haszołem. Była kobietą prostą, bez chytrostek, bez przemądrzałości, ale za to wielka cadejkis".3 Sama Gołde pokazana jest jako kobieta, dla której szczęście rodziny jest najważniejsze. Słucha męża, ale nie wiernopoddańczo, bo i ona serwuje mu częstokroć porcję solidnych złośliwości. Jest typową "matką kwoką", cierpi, gdy kolejne córki odchodzą z domu: "Co to już za życie, pożal się Boże - mawiała - bez dzieci? Bydlę, nie przymierzając też tęskni, gdy odstawia się - powiada - jego małe".4 Roztacza opiekuńcze skrzydła nad córkami i mężem, a umierając pyta: "Tewje, kto ci teraz będzie gotował wieczerzę?" U kobiety, która poświęciła życie rodzinie, takie pytanie było jak najbardziej uzasadnione. Co ciekawe, dla Tewji, córki, chociaż uwielbiane, były tylko kobietami: "Słowem, wynająłem kogoś, by odmawiał kadisz po mojej Gołde, ołow haszołem, i zapłaciłem za cały rok z góry. Czy miałem może inne wyjście? Pan Bóg ukarał mnie, nie dając mi męskiego potomka, tylko pełen dom dziewcząt, tylko córki i córki, oby Pan Bóg tym żadnego przyzwoitego Żyda nie doświadczył! Nie wiem, czy wszyscy Żydzi tak się męczą ze swoimi córkami, czy to tylko ja jestem takim nieszczęśnikiem, który nie ma do nich szczęścia? To znaczy, ja do swoich córek nic nie mam […]".5 Szanował kobiety, ale nie uznawał ich za równe mężczyznom, jego wypowiedzi: "jest przecież tylko kobietą", "babski rozum", jednoznacznie wskazywały, że to mężczyzna powinien być głową rodziny. W tekstach Szolema Alejchema odnaleźć można wiele wątków autobiograficznych. Nie dziwi więc, że narratorami w utworach bywają na ogół mężczyźni. Jednak dla samego autora nie ma podziału na męski i żeński świat, obie grupy przenikają się wzajemnie i na siebie wpływają. Wydaje się, że wśród postaci kobiecych najważniejszą rolę pełniła figura matki. Mojżesz Kanfer pisał: "[…] Albo żydowska matka, do której w swych snach zwracają się nawet zagorzali żydowscy futuryści! Czy cała twórczość Szolema Alejchema nie była jednym pomnikiem dla żydowskiej matki, tej cichej, ale świętej męczennicy? Nie ma może drugiej literatury na świecie, która by taką czcią i miłością otaczała matkę, jak żydowska. A w gronie piewców matki przodujące miejsce zajmuje Szolem Alejchem".6 Postać matki zawsze przedstawiona jest w sposób pozytywny, być może dlatego, że sam pisarz został wcześnie osierocony, a macocha była kobietą złą i okrutną. W autobiograficznej powieści Z jarmarku Szolem Alejchem przedstawia matkę jako "babę-kozak", "kobietę-zuch", osobę, która tak naprawdę zapewniała byt swojej rodzinie, wychowując jednocześnie dzieci: "Wychowanie takiej gromady dzieci oraz przetrzymanie ich wszystkich chorób wymagało od matki niezwykłej zaradności. Nie obyło się przy tym bez bicia, lania i prania, czego dzieciom nie skąpiła. Wystarczyło jednak, aby któreś z dzieci zachorowało, a matka nie odstępowała od jego łóżeczka: - Obym ja chorowała zamiast ciebie! Kiedy jednak wyzdrowiało i stanęło na nogi, już krzyczała: - Do chederu, łobuziaku, do chederu!"7 Gołde została przedstawiona jako wzorcowa matka żydowska, podobna rola przypadła matce z powieści Motel, syn kantora. Kobieta, by ratować chorego męża, powoli wyprzedaje swój dobytek. Choć ich sytuacja materialna staje się tragiczna, żona chwyta się każdego sposobu, by przedłużyć kantorowi życie. Po śmierci męża zostaje sama z synami. Jest biedna, ale podobnie jak Gołde gardzi rzemieślnikami i nie chce, by którykolwiek z ich synów trudnił się rzemiosłem. Gdy Eliasz się żeni, a Motel dostaje posadę, matka głęboko przeżywa rozłąkę: "Po drodze matka skarży się, że jest jej gorzko i źle na świecie. (Sama gorycz to byłoby za mało) Bóg dał jej dwoje dzieci, a ona musi zostać sama. Mój brat Eliasz, powiada, ożenił się, bez uroku, bardzo dobrze, jakby się dorwał do kopalni złota. Jedyna wada to, że teść jest prostakiem, a na dobitek piekarzem. Bo czego można wymagać od piekarza?"8 Matka jest dumną wdową po kantorze, świadomą swojej biedy, ale i walczącą o szczęście synów. Jest też przyczyną zgryzot starszego Eliasza, który przejmuje po zmarłym ojcu rolę głowy rodziny. Gdy syn postanawia wyjechać wraz z całą rodziną do Ameryki, matka nie protestuje. Problemem staje się jednak jej nieustający płacz: "Natomiast z matką jest niewesoło, tak powiada mój brat Eliasz. A kto temu winien, że ona płacze dniem i nocą? Od czasu jak ojciec umarł, ona jeszcze nie przestała płakać. - Na miłość boską! Nie masz wcale litości nad nami! Przez ciebie, nie daj Boże, wszyscy będziemy musieli wracać. Tak przemawia do niej mój brat Eliasz, a ona mu odpowiada: - Głuptasie jeden! A bo to ja płaczę? Samo się płacze, ot tak sobie!…"9 W jakiś sposób dowiedział się, że problemy ze wzrokiem, które według niego były naturalną konsekwencją nieustannego płakania, mogą spowodować negatywną decyzję amerykańskich urzędników granicznych i cała rodzina może z powrotem wylądować w Kasrylewce. Dla Motla łzy są nierozerwalnie związane z osobą matki: "Ona robi to co zawsze: płacze. Może wy wiecie, czy ona przestanie kiedykolwiek płakać?"10 Poza matką, jedną z ważniejszych postaci kobiecych w powieści jest bratowa Motla, Brucha. Zupełne przeciwieństwo matki, kobieta kąśliwa, złośliwa, wiecznie niezadowolona. Młody szwagier zręcznie to wykorzystuje i przy nadarzającej się okazji płata jej różne figle. Brucha, mimo iż ma ciągłe pretensje do Eliasza, jest kobietą posłuszną, nie sprzeciwia mu się. Jedynie w narzekaniu daje upust złości, ale nigdy nie występuje przeciwko mężowi. Sam Motel kwituje to jednoznacznie: "Krótko mówiąc, kobiety mają już taką naturę. Rzadki to wypadek, aby im się coś podobało". Po raz kolejny okazuje się, że kobieta nie jest równa mężczyźnie, ale też nie jest osobą zupełnie pozbawioną wpływu na mężczyzn. Wydaje się, że mężczyźni częstokroć uzurpowali sobie prawo do decydowania o wszystkim, jednakże pod wpływem kobiet zmieniali zdanie. W Kasrylewce Szolem Alejchem przedstawił wszelakie typy ludzkie, nie zabrakło też miejsca dla kobiet. Wśród nich pojawia się żona karczmarza: "[…] słychać głos Żydówki, która klnie i beszta swojego męża. To gospodyni szuka we wszystkich pokojach naszego gospodarza. Nie przestaje kląć. […]: Cholerę w bok. Zmartwień na rok. Udar do głowy i cios mu morowy. Niechaj go ogień pali. Niech płomień go smali".11 Podobny temperament miała macocha Szolema Alejchema (Z jarmarku): "Gadkę miała iście berdyczowską. Gładką, bogatą i kwiecistą. Na każde słowo odpowiadała przekleństwem. I wcale się przy tym nie unosiła. […] Jeść - oby cię robaki zjadły! Pić - oby pijawki piły twoją krew!"12 Wydaje się, że kobiety wykreowane przez Szolema Alejchema miały jedną cechę wspólną, mianowicie ironiczne podejście do mężczyzn. Ciocia Hudł (Z Jarmarku) budzi przerażenie swojego męża: "O ile jednak Nysł ważny był w mieście, o tyle nie był ważny u swojej połowicy, cioci Hudł (wszyscy wielcy ludzie mało znaczą u swoich żon). […] Ta mała kobietka często napełniała swego wielkiego męża potężnym strachem. Bał się jej jak śmierci. […] Godził się tak łatwo na to, by jego malutka połowica waliła go po głowie poduszką albo miotłą po wypucowanej kapocie. Szczególnie umiłowała sobie tłuc go miotłą właśnie w święta".13 Tytułowy bohater opowiadania Zaczarowany krawiec również trafił na typ kobiety, o których Szolem Alejchem pisał "baba-kozak": "ona chodziła w portkach, a nie on. […] a nieraz zdarzyło mu się od niej i po pysku dostać".14 Żydówki z Kasrylewki, Anatewki, Złodziejówki, Kozodojówki i innych sztetli były kobietami niezwykle charakterystycznymi. Na ogół ubogie, otoczone gromadką dzieci i mężem, który w ich opinii był kompletnym nieudacznikiem. Nie były cichymi i potulnymi żonami, miały wpływ na życie rodziny. Faktem jest, że ich przestrzeń życiowa ograniczała się do gospodarstwa domowego, ale w tradycyjnych rodzinach żydowskich był wyraźny podział ról. Kobieta powinna być posłuszna mężowi, dbać o dzieci i dom. Co więcej, powinna odciążać męża w obowiązku zarobkowania, tak by mógł się poświęcić studiowaniu świętych ksiąg. Kobiety organizowały życie swoim dzieciom, ale także i mężowi. Szolem Alejchem pokazywał na ogół kobiety odważne, używając, mocnych słów, które dla dobra swojej rodziny poświęcą wszystko. Jednak nadal były typowymi żonami swoich żydowskich mężów, którzy dawali im dużo swobody, jednocześnie wiedząc, że małżeństwo jest dla tych kobiet najważniejsze. Świadczyło bowiem o ich statusie, miejscu w hierarchii społecznej, dawało poczucie bezpieczeństwa i życia zgodnie z przykazaniami religijnymi. Szolem Alejchem portretował nie tylko kasrylewskie kobiety. W Marienbadzie przedstawił warszawskie damy z Nalewek, które wybrały się do znanego kurortu. Są to stosunkowo zamożne mężatki, które odwiedzają Marienbad niekoniecznie dla podratowania zdrowia. Szczególnie interesująca wydaje się Perla Jamajkerowa, która przybyła do uzdrowiska, by szukać mężów dla swoich córek. Młode Jamajkerówny były już w takim wieku, że zdesperowana matka chwytała się wszelkich sposobów, by znaleźć jakichkolwiek narzeczonych: "Może bym już była gotowa chociaż z jednym, mam na myśli białostocczanina, to nim się zakrzątnęłam, wyskoczyła nagle Bazylea. Gorączka z Bazyleą. Jakiś kongres syjonistów. Więc poniosło go do Bazylei z jeszcze kilkoma młodzieńcami i kawalerami, którzy są na moje kulawe szczęście wszyscy syjonistami. Szczęście jeszcze, że ten kiszyniowianin z Kiszyniowa nie jest syjonistą. On się wyśmiewa z syjonistów. Mówi, że to tylko pretekst. Zupełnie tak samo jak z tymi, którzy jeżdżą na kurację. Jedyny cel, powiada, to szukanie kawalerów i panien na wydaniu. Jeżeli tak, to żałuję teraz, że pojechałam do Marienbadu, a nie do Bazylei".15 Niestety, okazało się, że pochłonięci dyskusją syjoniści nie byli zainteresowani córkami Jamajkerowej, a wspomniany kiszyniowianin od dawna miał żonę. Jeszcze inny typ kobiet pojawia się w opowiadaniu Szolema Alejchema Człowiek z Buenos Aires. W trakcie podróży koleją narrator poznaje bogatego emigranta z Argentyny. Zamożny mężczyzna nie mówi wprost, czym się zajmuje: "Dostarczam światu towar, o którym się nie mówi… Dlaczego? Bo świat jest zbyt mądry, a ludzie zbyt delikatni. Nie lubią, gdy się rzecz nazywa po imieniu. Wolą, gdy ktoś na czarne powie, że to białe, a białe nazwie czarnym. Nie ma na to rady…"16 Okazuje się, że Motel z Sonmaków jest sutenerem, a raczej pośrednikiem w handlu żywym towarem. Kursuje pomiędzy Ameryką Południową a Europą Wschodnią w poszukiwaniu kobiet, które mógłby ze sobą zabrać i umieścić w domach publicznych. W opowiadaniu kobiety sprowadzone są do roli towaru, który można z zyskiem sprzedać. Motel nie mówi też wprost, czym tak naprawdę się zajmuje, jednak opisuje swoją działalność na tyle dokładnie, że w łatwy sposób można się zorientować, iż wykracza ona daleko poza granice legalności. Emigrant jedzie do rodzinnej miejscowości, by się ożenić. Był to typowy zabieg handlarzy żywym towarem. Zjawiali się w sztetlu, spośród mieszkanek wybierali młodą kobietę w trudnej sytuacji finansowej i proponowali ślub, obiecując przy tym szczęśliwe życie za Oceanem: "Zabiorę ją do Buenos Aires. Kupię jej pałac - niech mieszka tam jak księżniczka".17 Naiwne kobiety, a zwłaszcza ich rodzice, wyobrażali sobie rajskie życie, jakie spotka młodą dziewczynę. Pragnęli dostatniego życia dla siebie i swojej córki, nie zastanawiając się, jakie będą konsekwencje ich decyzji. Niestety, rzeczywistość okazywała się dużo bardziej bolesna. Oszukane dziewczyny zamiast do pałacu trafiały do domu publicznego, skąd nie było ucieczki. Według Isabel Vincent, pod koniec XIX wieku szajki sutenerskie były tak często spotykane, że niemal wrosły w krajobraz Europy Wschodniej i doczekały się nawet uwiecznienia w literaturze Kobiety, które uwiecznił w swych powieściach Szolem Alejchem, to mieszkanki małych sztetli. Specyfika pisarstwa Szolema Alejchema, polegająca na przedstawieniu życia żydowskiego miasteczka, ale z perspektywy ironicznego humoru, "śmiechu przez łzy", pokazuje kobiety w nieco krzywym zwierciadle. Autor wydobywa z nich zarówno negatywne, jak i pozytywne cechy, ale zawsze pisze o nich ciepło. Kobiety, mimo że nie są głównymi bohaterkami, zajmują w tej literaturze istotne miejsce. *** Przypisy: 1 Szolem Alejchem, Dzieje Tewji Mleczarza, przeł. Anna Dresnerowa, Wrocław 1989, s. 89. 2 Tamże, s. 146-147. 3 Tamże, s. 149. 4 Tamże, s. 149. 5 Tamże, s. 150. 6 Mojżesz Kanfer, Szolem Alejchem (w 10 - lecie jego śmierci), w: "Nowy Dziennik", nr 94, 1930, s. 5. 7 Szolem Alejchem, Z jarmarku, przeł. Michał Friedman, Wrocław 1989, s. 31. 8 Szolem Alejchem, Motel, syn kantora, przeł. Stanisław Wygodzki, Warszawa 1958, s. 67. 9 Tamże, s. 130. 10 Tamże, s. 65. 11 Szolem Alejchem, Kasrylewka, przeł. Michał Friedman, Wrocław 1991, s. 66. 12 Z jarmarku, s. 200. 13 Z jarmarku, s. 75. 14 Szolem Alejchem, Zaczarowany krawiec, przeł. Ludwik Górski, Warszawa 1959, s. 223. 15 Szolem Alejchem, Marienbad, przeł. Jan Kligert, Warszawa 1967, s. 94. 16 Szolem Alejchem, Człowiek z Buenos Aires, [w:] Notatki komiwojażera, przeł. Jakub Appenszlak, Warszawa 1958, s. 69. 17 Tamże, s. 75. 18 Isabel Vincent, Ciała i dusze, Wrocław 2006, s. 26. Data utworzenia: 9 czerwca 2009 07:00 To również Cię zainteresuje Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Znajdziecie je tutaj.
fot. Adobe Stock, Wszyscy moi znajomi przeklinają koronawirusa. Narzekają ze zbolałymi minami, że przez pandemię zawalił im się świat. Gdy to słyszę, kiwam głową ze zrozumieniem, wzdycham, ale w duszy uśmiecham się od ucha do ucha. Bo moje życie też się odmieniło. Tyle że… na lepsze. Jak żyłam przed pandemią? W ciągłym biegu. Choć sama wychowywałam pięcioletnią córeczkę, najważniejsze dla mnie były firma i praca. Każdy dzień był taki sam. Zrywałam się bladym świtem, zmęczona i niewyspana. Już od dawna nie przerażała mnie moja ziemista twarz w lustrze ani zapuchnięte powieki. Wpuszczałam krople do oczu, kładłam na twarz grubą warstwę pudru, wypijałam na stojąco wielki kubek mocnej kawy, wrzucałam komórkę do torby i pędziłam do pracy. Nie mogłam się spóźnić, wszędzie już byłam poumawiana: urząd skarbowy, bank, rozmowa z wykonawcami, spotkanie z kolejnym potem jeszcze coś. I tak w kółko. Gdzieś w ciągu dnia przypominałam sobie, że znowu nie widziałam swojej Malwinki! Coraz częściej mi się to zdarzało. Kiedy przychodziłam z pracy, ona już spała. Kiedy wychodziłam, jeszcze się nie obudziła… Moją córką zajmowała się opiekunka, pani Stefania. To ona robiła jej śniadanie, odprowadzała do przedszkola, a potem ją stamtąd odbierała. To ona dawała jej kolację, szła na spacer albo na rolki. Wreszcie to opiekunka kładła małą do łóżka i czytała na dobranoc. Ja przecież musiałam zapewnić nam byt. Kiedy niedługo po narodzinach córki zostawił mnie mąż, obiecałam sobie, że zrobię wszystko, by nasze życie było dostatnie. I dotrzymywałam słowa. Córeczka miała firmowe zabawki, ubrania, najnowsze gadżety. Rozpierała mnie duma! A że byłam matką kochającą tylko przez telefon? Nie można mieć wszystkiego. Czasem udawało mi się wrócić wcześniej do domu. Malwinka, jeszcze wtedy młodsza, była taka szczęśliwa. Przybiegała do mnie, pokazywała rysunki, opowiadała, co przydarzyło jej się w ciągu dnia. A ja? Zamiast ją przytulić, poświęcić jej czas, wysłuchać, opędzałam się od niej jak od natrętnej muchy: „daj mi spokój”, „jestem zmęczona”, „chcę choć przez chwilę odpocząć”, „później się tobą zajmę”. Tyle że tego „później” najczęściej nie było. I nawet nie zauważyłam, kiedy moje dziecko zaczęło schodzić mi z drogi. Nie sądziłam, że to coś złego. Ba, cieszyłam się, że mam córkę, która rozumie, że mama potrzebuje spokoju i, jeśli nie zawoła, nie należy jej przeszkadzać. Jaka byłam głupia… No a potem pojawił się wirus. Nie przejęłam się tym specjalnie. Byłam pewna, że to coś w rodzaju grypy. Przyjdzie, narobi trochę zamieszania i zniknie. Zresztą szykowałam się wtedy do ważnych targów branżowych, na których, jak sądziłam, moja firma osiągnie wielki sukces, więc nie miałam czasu zaprzątać sobie głowy jakimś wirusem. Ale on nie odpuszczał. Z mediów zaczęły dochodzić coraz bardziej przerażające wieści, wprowadzano kolejne ograniczenia. A ja, zamiast pracować, spotykać się z klientami, szykować się do targów – które i tak zostały odwołane – zawiesiłam działalność firmy i zamknęłam się w domu z Malwinką. Nie miałam innego wyjścia. Pani Stefania oświadczyła, że dopóki pandemia się nie skończy, rezygnuje z pracy opiekunki. Byłam zła, bo planowałam pracować przez internet, ale w sumie wcale jej się nie dziwiłam. Miała już swoje lata, a wszędzie się słyszało, że choroba jest śmiertelnie niebezpieczna, zwłaszcza dla ludzi starszych. Rozumiałam więc, że chce się zamknąć w czterech ścianach. Na pożegnanie powiedziała tylko, że gdyby coś, to żebym do niej dzwoniła. O każdej porze dnia i nocy. Nie wiedziałam, o co jej chodzi z tym „cosiem”, ale się nie dopytywałam. Miałam przecież inny problem – musiałam odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Córka nauczyła się schodzić mi z drogi Początki były bardzo trudne. Nie miałam pojęcia, co robić. Chodziłam z kąta w kąt i użalałam się nad sobą. Tęskniłam za pracą, codzienną gonitwą, spotkaniami. Zastanawiałam się, czy uda mi się uratować firmę, którą z takim mozołem tworzyłam. Ale wyobraźnia podpowiadała mi tylko czarne scenariusze. Byłam tak rozżalona, że prawie w ogóle nie myślałam o córce. Owszem, przygotowywałam jej posiłki, pomagałam się ubrać, chwilę z nią porozmawiałam, ale potem wysyłałam do dziecięcego pokoju. Nie chciałam, żeby mi przeszkadzała. Miałam przecież tyle ważnych spraw do przemyślenia i załatwienia. Nawet nie protestowała. Przyzwyczaiła się do tego, że ma mi schodzić z drogi. Więc schodziła. Oglądała bajki, bawiła się lalkami, rysowała. I całe szczęście, bo gdyby zawracała mi głowę, to by mnie chyba szlag trafił Dziś wiem, że byłam okropną matką. Ale wtedy naprawdę nie zdawałam sobie z tego sprawy. Przecież wszyscy moi znajomi gonili za sukcesem i pieniędzmi. Sądziłam, że tak właśnie trzeba, że na tym polega życie. Minął pierwszy dzień izolacji, potem drugi i kolejne, a czarne myśli mnie nie opuszczały. Ba, stały się jeszcze intensywniejsze i mroczniejsze. Media trąbiły o wielkim kryzysie, bankructwach, bezrobociu… W pewnym momencie zrobiło mi się tak źle na duszy, że się rozpłakałam. Szlochałam tak głośno, aż Malwinka usłyszała. Wyszła ze swojego pokoju i stanęła blisko mnie. – Mamusiu, dlaczego płaczesz? Jest ci smutno? – zapytała cicho. – Trochę – otarłam łzy. – A dlaczego? – wpatrywała się we mnie. – Bo już nie wiem, co robić. Jesteś jeszcze za mała, by to zrozumieć – wykrztusiłam. Zastanawiała się przez chwilę. – To może się razem pobawimy, w moim pokoju? – wypaliła – Pobawimy? Dziecko, o czym ty mówisz?! Nie mam teraz głowy do zabawy! – odburknęłam. – To wolisz płakać? – nie odpuszczała. – No nie, ale… – No właśnie! – przerwała mi. – Ciocia Stefa mówi, że jak komuś jest smutno, to powinien zrobić coś takiego, żeby zrobiło mu się wesoło. A zabawa jest wesoła! – To nie jest takie proste… – A właśnie, że jest. Zresztą sama zobaczysz! – zakrzyknęła i zanim zdążyłam coś odpowiedzieć, złapała mnie za rękę i pociągnęła do swojego pokoju. Byłam tak zaskoczona, że poszłam za nią bez słowa sprzeciwu. Chwilę później przebierałam z nią lalki i misie, urządzając pokaz mody. A potem grałam w planszówkę. I wiecie co? Naprawdę poczułam się lepiej. Czarne myśli oczywiście później wróciły, ale chyba nie były już tak mroczne jak wcześniej. Pewnie myślicie, że te kilka godzin spędzonych na zabawie z córką sprawiły, że otworzyły mi się oczy. Od razu doznałam olśnienia, zrozumiałam, że praca i pieniądze to nie wszystko. Że przede wszystkim powinnam być matką. Okazać dziecku zainteresowanie i miłość. Nic z tego! Musiało minąć jeszcze sporo czasu, zanim to do mnie dotarło. Zresztą na początku czułam się trochę bezradna i zawstydzona. Uświadomiłam sobie, że właściwie nie znam swojego dziecka. Nie wiem, co lubi, o czym mam z nią rozmawiać, w co się bawić. Teraz pojęłam, co miała na myśli pani Stefania, mówiąc, że gdyby coś, to żebym dzwoniła. Wiedziała, że się pogubię. Kiedy więc Malwinka szła spać lub była zajęta oglądaniem bajek, zamykałam się w sypialni i dzwoniłam do pani Stefy. Pytałam, radziłam się. O ona odpowiadała mi cierpliwie. Kochana, mądra pani Stefania. Nie wiem, co bym zrobiła bez jej pomocy. W końcu przejrzałam na oczy Buszowałam też w internecie. Ale wcale nie po to, by szukać ratunku dla firmy. Szukałam pomysłów na wspólną zabawę z dzieckiem, rozmawiałam na czatach z innymi rodzicami. I z ogromną ulgą odkryłam, że nie tylko ja czuję się bezradna, że inni także rwą sobie włosy z głowy, bo nie wiedzą, czym zająć swoje pociechy. I jak w tym wszystkim znaleźć czas na pracę i codzienne obowiązki. Wymienialiśmy się doświadczeniami i pomysłami. Podtrzymywaliśmy się na duchu. Możecie mi wierzyć lub nie, ale dzięki tej pandemii nawiązałam wiele nowych znajomości. I odnowiłam dawne kontakty. Wcześniej nie miałam na to czasu, bo przecież praca, praca i praca. A teraz odkryłam, że istnieje też inny świat i inne powody do radości. Jednym z nich był czas spędzony z dzieckiem. Oczywiście nadal martwiłam się o przyszłość, firmę, kontaktowałam się przez internet ze współpracownikami, klientami, ale nie poświęcałam temu całego czasu. W pewnym momencie tłumaczyłam, że muszę zająć się Malwinką, i wyłączałam laptop. Najciekawsze było to, że robiłam to bez najmniejszego żalu. Ludzie, którzy mnie znali, nie mogli uwierzyć, że tak zmieniły mi się priorytety. Jedna z moich podwładnych zapytała nawet, czy aby na pewno dobrze się czuję, czy nie mam gorączki. Odparłam, że przeciwnie, i zaśmiałam się pod nosem. Prawdę mówiąc, sama nie mogłam uwierzyć w to, co robię. Gdyby przed pandemią ktoś mi powiedział, że oderwę się od pracy, żeby układać z córką zamek z poduszek lub bawić się w ciuciubabkę, popukałabym się znacząco w głowę. Moje wysiłki przyniosły efekty Córeczka, początkowo trochę nieufna i jakby zdziwiona, że codziennie znajduję dla niej czas, też się zmieniła. Już nie uciekała do swojego pokoju. Bez strachu, że ją zganię lub odpędzę, opowiadała mi o swoich przeżyciach, strachach, radościach. Gadała jak najęta, nawet nie musiałam pytać. I coraz częściej się do mnie uśmiechała. Mówiła, że mnie kocha. Była jak promyczek słońca rozświetlający czarne chmury, które zbierały się nad moją głową. Dzień po dniu coraz lepiej poznawałam swoje dziecko i czerpałam siłę i radość z tego, że jesteśmy razem. Żaden wielki kontrakt, żadne zarobione pieniądze, żaden sukces nie sprawiły mi tyle radości. Któregoś wieczoru powiedziałam o tym Malwince. Byłam przekonana, że się ucieszy. Zarzuci mi rączki na szyję i powie, że jestem najwspanialszą mamą na świecie. Tymczasem ona posmutniała. – Co się stało? Dlaczego jesteś taka markotna? – zapytałam zdziwiona. – Bo… Bo się bardzo boję – wykrztusiła. – Czego? – Że ten wirus niedługo zniknie. – Że co? Jak to się boisz? To chyba dobrze, że zniknie! Wszyscy na to czekają. Na całym świecie. – Ja nie! – Dlaczego?! – Bo wtedy ty znowu będziesz tylko pracować i pracować. Od rana do wieczora. A ja tego nie chcę! Chcę, żeby było tak jak teraz! Dobrze! – rozpłakała się. To chyba wtedy dotarło do mnie ostatecznie, że wcześniej bardzo krzywdziłam swoją córeczkę. Że w tym całym zawodowym pędzie za bardzo się od niej oddaliłam. I tak wiele przez to straciłam. Najgorsze było to, że gdyby nie wirus, pewnie nigdy bym sobie tego nie uświadomiła. Tamtego wieczoru długo rozmawiałam z Malwinką. Nie oszukiwałam jej, nie obiecywałam, że jak pandemia się skończy, to nadal będziemy całe dnie spędzać razem na zabawie i przyjemnościach. Wytłumaczyłam jej, że to niemożliwe, że tak jak dawniej będę musiała wychodzić do pracy, żeby zarobić na chleb i coś do chleba. I że znowu będzie się nią opiekować pani Stefania. Przyrzekłam jednak, że to ja rano będę ją budzić, robić śniadanie, odwozić to przedszkola. To ja wieczorem bedę jej czytać bajki i układać do snu. I zawsze znajdę czas, żeby się z nią pobawić, wysłuchać. – Może tak być? – zapytałam na koniec. – A naprawdę dotrzymasz słowa? – spojrzała na mnie skupiona. – Przysięgam! – podniosłam uroczyście dwa palce. – No dobrze, zgadzam się. Przecież nie jestem już maluchem. Wiem, że dorośli muszą pracować. I chętnie spotkam się znowu z ciocią Stefą. Lubię ją. Jak babcię – uśmiechnęła się. Widząc uśmiech i szczęście w oczach córeczki, poprosiłam w duchu o jedno: że gdybym w przyszłości zapomniała o przyrzeczeniu, które dałam swojemu dziecku, i próbowała wrócić do dawnych zwyczajów, to żebym natychmiast dostała jakieś ostrzeżenie. Uderzenie pioruna w pobliżu, plaga karaluchów w domu albo coś w tym rodzaju. Dość już czasu straciłam na mniej ważne sprawy. Nie chcę drugi raz popełnić tego samego błędu. Czytaj także:„Córka miała uratować nasze małżeństwo, a tylko pogorszyła sprawę. Kocham ją, ale żałuję, że przyszła na świat”„Mąż nie tylko konsekwentnie mnie zdradzał, lecz także zmuszał do trwania w tej farsie. Owinął mnie wokół palca”„Teściowa zrobiła sobie z mojego domu hotel. Całymi dniami musiałam jej sprzątać i gotować, a i tak robię to źle”
żeby mu się córka z czarnym